poniedziałek, 20 stycznia 2014

Rozdział 5

Gdy tylko otwarłam oczy, zorientowałam się, że nie ma przy mnie Perrie. Czułam jej obecność całą noc i pozostało mi tylko dziękować Bogu za taką przyjaciółkę. Usiadłam, przecierając oczy. Byłam w luźnej białej bluzce i bieliźnie. Spojrzałam na swoje uda.
Wypukłe ślady majaczyły, na bladej skórze nóg. Odetchnęłam głośniej i przejechałam jednym palcem wzdłuż śladów.
„- Będzie boleć… Krzycz.”
Słowa mężczyzny pojawiły się w mojej głowie. Zacisnęłam oczy, przywołując tym jeszcze więcej strasznych wspomnień.
„- Robie to dla twojego bólu i swojej przyjemności…”
Zwinęłam się w kłębek, na łóżku, a łzy swobodnie spływały po moich policzkach i rozpływały się na kolanach. Pociągnęłam nosem, znów zatapiając się w wspomnieniach.
„- Co tu robisz?
- Przyszedłem się pobawić… Ty będziesz zabawką.
- Żartujesz, tak?
- Jestem całkiem poważny, Claudio”
Krew, ból, łzy i on. Mężczyzna, którego twarzy nigdy nie zapomnę. Myślałam, że jest moim kolegą, ze szkoły. Całkiem fajny chłopak… miły, sympatyczny… a tak naprawdę sukinsyn bez serca, sumienia i skrupułów.
Zostawił w moim życiu, po sobie niezły ślad, którego nie da się pozbyć. Wspomnienia, których nie można wymazać. I rany, które nigdy nie znikną.
Niektórzy sprawiają sobie sami ból, ostrym narzędziem potocznie nazywanym, żyletką. To coś innego jeśli ty sprawiasz, że krew ścieka po twoich nadgarstkach, nogach… Jeśli ktoś inny to robi? Co wtedy? Brutalnie cię całuje, rozbiera, tnie i ma zamiar zgwałcić? Co wtedy? Ratuje cie sąsiadka bo usłyszała jak krzyczysz. Zabawne…
- Nie, nie, kochanie już – Perrie przyciągnęła mnie do siebie i zamknęła w ramionach. Nawet nie spostrzegłam, że cała się trzęsę, a moja twarz i nogi są mokre od łez. Ścisnęłam w pięściach materiał jej czarnej bluzki.
- Dlaczego ja? Dlaczego, to musze być ja? – Łkałam żałośnie mocząc jej bluzkę.
- To nie twoja wina. Wszystko jest dobrze, będzie dobrze…
- Kiedyś też tak mówiłaś.
- I było… Hej, zawsze cię ktoś ratuje. Tym razem to Harry. Jednak ktoś zawsze nad tobą czuwa. Już nie pozwoli na nic takiego… Obiecuję.
Dzięki jej słowom trochę się uspokoiłam. Nadal szeptała pocieszająco do mojego ucha. Moje życie to jedno, wielkie bagno. Gorzej chyba, być nie może.
- Dzisiaj moja mama nas odwiedzi, będzie też Zayn. Będziesz z nami prawda?
- Tak, jasne. – Wydusiłam.
Mama Perrie była dla mnie bardzo ważną osobą. Kochałam ją tak jak własną, mamę. No prawie… Zdarzało się czasami, że powiedziała do mnie córciu, lub coś w tym stylu. Jest naprawdę sympatyczną osobą, pełną miłości i troski.
                                                                                      ***
Kiedy wyszłam z łazienki, po dosyć odświeżającym prysznicu, który pomógł mi oczyścić głowę ze wszystkiego, usłyszałam dźwięk oznaczający, że dostałam sms’a. Zmarszczyłam brwi i podniosłam telefon z łóżka. Moja szczęka opadła ze zdziwienia, gdy zobaczyłam, że dostałam wiadomość od Harrego.

Uniosłam brew zdziwiona jego wiadomością, ale… Skąd on do cholery miał mój numer?! Odpisałam szybko i podeszłam do szafki wybierając jakieś ubrania na spotkanie z mamą Perrie.



Odrzuciłam telefon i ku mojego zdziwieniu, całkiem dobrze się czułam. Ubrałam się i zeszłam na duł gdzie siedziała już Perrie, jej mama, oraz Zayn. Uśmiechnęłam się trochę zmieszana. Mama przyjaciółki podeszła do mnie z otwartymi ramionami, po czym zamknęła mnie w nich.
- Jak dobrze cię widzieć! Tak dawno nie rozmawiałyśmy! – Kobieta patrzyła na mnie, z szerokim uśmiechem na twarzy. Na jej twarzy można było zauważyć dosyć dużo makijażu i duże usta pociągnięte krwisto czerwoną szminką, która od razu rzucała się w oczy. Taka Perrie tylko, że starsza. No i ma trochę więcej tego… wszystkiego.
- Tak, też się cieszę, że mogę wreszcie cię zobaczyć. Cześć Zayn – uśmiechnęłam się w jego stronę, a on zrobił to samo w moją.
- Wszystko w porządku?
Perrie popatrzyła na mnie.
- Jak najbardziej.
Usiadłam naprzeciwko Zayna, obok mamy Perrie. Stwierdziłam, że będę się uśmiechać i udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. No bo w końcu, nikt nie musi wiedzieć o tym co zaszło.
Nabrałam na widelec trochę sałatki i zaczęłam jeść, słuchając ich rozmów. Mama Pezz wypytywała Zayna o różne rzeczy. Ile ma lat, gdzie pracuje, co robi w wolnym czasie… Kiedy usłyszałam jak zapytała Zayna czy „jest prawiczkiem” niemal wyplułam sałatkę z powrotem na talerz, co spotkało również Perrie.
- Mamo! – dziewczyna zabijała ją wzrokiem.
Wyciągnęłam chusteczkę z kartonowego pudełka i przetarłam nią brudne usta.
- No co!? Jestem ciekawską kobietą…
- Nie, nie jestem prawiczkiem. – Przyznał poważnym tonem Zayn, lekko się uśmiechając.
Kaszlałam czując, jak resztki sałatki stoją w moim przełyku. Mama Perrie poklepała mnie po plecach, ale to w cale nie pomogło.  W moich oczach zbierało się od łez, a blondynka siedziała tam i śmiała się najgłośniej jak tylko potrafiła. Chwyciłam jej szklankę z sokiem i wypiłam całą jej zawartość.
- To moje!
- Zamknij się – warknęłam i usiadłam z powrotem na krześle. Zayn wpatrywał się we mnie i obaj, w tym samym czasie zaczęliśmy się śmiać. Otarłam łzy z oczu i zaczęliśmy rozmowę od nowa. 
                                                                                   ***
- Cóż miło się z wami siedziało. Naprawdę polubiłam cię Zayn, opiekuj się moją córką. Ja będę się już zbierać…
Patrzyłam uważnie na kobietę. Spędziliśmy wiele godzin w kuchni po prostu rozmawiając i było całkiem miło. Z wyjątkiem jednego incydentu dotyczącego cnoty Zayna. Mogłam tylko dziękować, że nie zadawała więcej tego typu pytań. Skoro ja się czułam tym speszona, to co musiała czuć Perrie…
- Mogę cię odwieść.
- Nie, nie będę przysparzać ci problemów. Masz pewnie wiele na głowie…
- Ale to żaden problem – uśmiechnęłam się i wstałam do wyjścia.
Podróż na lotnisko minęła dość szybko i w miłym towarzystwie. Rozmawiałyśmy głównie o mnie, ale starałam się ominąć mój temat i przejść do Perrie.
Gdy wracałam na ulicach panował mrok. Mieszkaliśmy na obrzeżach Londynu, gdzie za zwyczaj nie dzieje się wiele. Samochody rzadko tędy przejeżdżają, a ludzie nie wychodzą wieczorami zbyt chętnie z domów. Cała moja uwaga była skupiona na drodze, gdy nagle przed moją maską pojawiła się postać cała ubrana na czarno. Próbowałam zahamować, ale osoba która stała na samym środku drogi wpadła mi na maskę auta, obiła się lekko o szybę po czym spadła. Auto pod wpływem mojego nacisku na hamulec, obróciło cię mocno w prawo. Siedziałam tam w całkowitym szoku, a moje serce biło jak szalone. Popatrzyłam w stronę osoby, którą potrąciłam. Ku mojemu zdziwieniu, osoba wstała i kierowała się w moją stronę nie spuszczając ze mnie wzroku. Zamknęłam drzwi auta, w razie jakby przyszło jej wejść do auta, czy coś…
Szarpnęła mocno klamkę drzwiczek, ale te nie ustąpiły, walnęła mocno w szybę. Przyglądałam się jej niebieskim chłodnym oczom. Nie byłam do końca pewna czy to mężczyzna, czy kobieta. Nacisnęłam pedał gazu, chcąc jak najszybciej uciec od tej osoby. Ruszyłam samochód z miejsca, nieznajomy potracony przeze mnie, biegł przez chwilę przy samochodzie, trzymając się klamki ale po chwili puścił. Gdy byłam coraz bliżej domu moje serce wracało do miarowego tępa, ale w głowie cały czas odtwarzałam to co się stało.
Sprawdziłam godzinę w telefonie. 21. Cholera.
- Perrie! – Zawołałam, wchodząc z hukiem do domu. –Perrie!
- No co jest?
Przesunęłam wzrokiem po całej długości jej ciała. Miała na sobie obcisłą, białą bluzkę na ramiączkach i różowe majteczki. Jej włosy były w całkowitym nieładzie, a policzki różowe jak nigdy dotąd. Uśmiechnęłam się szeroko, chyba wiedząc kto jest sprawdzą jej wyglądu.
- Spróbuj się odezwać… -pogroziła mi palcem.
- Chyba kogoś potrąciłam i…
- Co?! Z autem wszystko w porządku?! – Perrie wzięła swój płaszcz z wieszaka i wybiegła z domu. Zatrzymała się przy aucie.
- Co ty na wiewiórkę wpadłaś?!
- Właściwie to…
- Nic takiego się nie stało, każdemu się zdarza!
- Dobra… nie ważne. Mniejsza z tym. Był tu dzisiaj Harry?
- Tak był, chodź do środka bo zamarznę.
- Mam rozumieć, że Zayn zostaje na noc? – Popatrzyłam na nią z uniesioną brwią i wybuchłam głośnym śmiechem. 


__________
Dziękuje jeszcze raz za wszystkie wasze komentarze, i że w ogóle czytacie to opowiadanie. Jestem wam bardzo wdzięczna. 














poniedziałek, 13 stycznia 2014

Rozdział 4

Duża dłoń obcego mężczyzny, rozpięła guzik moich spodni. Chciałam krzyknąć, ale zanim się zorientowałam dostałam mocno w twarz. Okropny ból rozszedł się po całej prawej stronie twarzy, a z łuku brwiowego polała się krew. Łzy spływały po moich policzkach, kiedy łkałam żałośnie i prosiłam, żeby przestał. Jego palce powolnie przejechały w miejscu pomiędzy nogami. Zamknęłam oczy zrozpaczona. Nie mogłam nic zrobić i… to było najgorsze. Nie byłam na to gotowa. Nie chcę przeżywać tego drugi raz. Nie chcę…
- Wszystko będzie dobrze… - Wyszeptał do mojego ucha. Zrobiło mi się niedobrze i chyba zaraz zwymiotuję. Wsunął palce za tasiemkę moich majtek, a nieprzyjemne dreszcze przeszły całe moje ciało. Zaczęłam krzyczeć ile miałam tylko siły ale płacz mi w tym tylko przeszkadzał.
- Przestań proszę… Pomocy! Błagam…
Nagle gdy spojrzałam na mężczyznę, który mnie obmacywał już leżał na ziemi. Jego twarz dostawała kolejne uderzenia pięści, które należały do Harrego. Zsunęłam się po murzę i przyciągnęłam kolana do klatki piersiowej, chowając głowę w zagłębieniu między nimi. Jedyne co słyszałam to, przekleństwa wypadające z ust Harrego i jego przyspieszony oddech. Nie chciałam nic widzieć. Chciałam zniknąć, rozpłynąć się, zapaść pod ziemię.
Łzy nadal spływały po policzkach, w niewyobrażalnych ilościach.
- Już nigdy nikogo, kurwa nie dotkniesz! – ostre słowa Harrego dotarły do moich uszu. Byłam mu tak bardzo wdzięczna za to co zrobił. Gdyby nie on pewnie leżała bym tu teraz pół naga i obolała.
Po kilku siarczystych uderzeniach i przekleństwach, poczułam jak podnosi mnie i niesie jak pannę młodą. Było mi tak źle, tak niedobrze.
- Harry…
- Ćśśś… już dobrze, już po wszystkim.
- Harry, ja zaraz zwymiotuje.
Podszedł jeszcze kilka kroków i postawił mnie za jakimś dużym śmietnikiem. Natychmiast poczułam jak całą zawartość mojego żołądka unosi się, by za chwilę spocząć na drodze. Harry trzymał moje włosy, gdy ja niemiłosiernie wymiotowałam. Łzy nadal spływały. Nie byłam w stanie ustać na nogach, a co dopiero chodzić. Przed moimi oczami pojawiały sie mroczki i całkowita ciemność. Ulga. 
                                                                                    ***

Otwarłam oczy i pierwsze co zobaczyłam to zielone tęczówki.
Czy ja śnię?
- W porządku?
Jego głos był ochrypły i sprawił, że przebiegły mnie dreszcze. Nie były takie jak poprzednio, były przyjemne. Zaskoczyło mnie to jak opiekuńczy potrafi być ten chłopak. Co ja bym zrobiła gdyby nie on? No właśnie… Nic. Przyglądałam się jego oczom, o niesamowitej zieleni, by za chwilę wlepić wzrok w jego malinowe, pełne usta. Rozpływałam się, myśląc o tym jak cudownie całują i smakują.
Usiadłam powoli, krzywiąc się z bólu. Przypomniałam sobie cały dzisiejszy wieczór. Nie był jednym z najgorszych był drugi.
- Napij się. Jesteś osłabiona, musisz pić dużo wody.
Wzięłam od niego szklankę i przechyliłam do ust. Jej zawartość poleciała ciurkiem z kącika moich ust. Były tak opuchnięte, że nie mogłam się napić. Brunet zaśmiał się i przetarł mokrą ścieżkę z mojego podbródka. Jego źrenicę powiększyły się, gdy dotarł do moich ust.
- Dziękuje. – Wyszeptałam.
- To nic.
- Nie jestem w stanie znieść myśli, co by się stało, gdybyś się tam nie pojawił… - kolejna łza pojawiła się na moim policzku.
- Ważne, że już po wszystkim.
Potrząsnęłam głową zgadzając się z jego słowami i otarłam policzki. Siedzieliśmy chwilę w ciszy. Rozejrzałam się dookoła, a pomieszczenie było mi zupełnie nie znane. Widziałam je po raz pierwszy, mimo to było bardzo ładne.
- Gdzie jesteśmy?
- U mnie.
- U- u ciebie? – Zapytałam zdziwiona. Pomieszczenie w którym byliśmy nie było wielkie. Siedziałam na jednej z dwóch kanap. Ściany były pomalowane na biało, ale jedna z nich była wyłożona czerwonymi cegłówkami. Wisiał na niej telewizor, a pod nim była spora wieża do odtwarzania muzyki. Wszystko było chirurgicznie czyste i błyszczące.
- Tak, u mnie.
- Z kim mieszkasz?
- Z nikim – wzruszył ramionami. Rozglądałam się jeszcze przez chwilę. Skąd taki chłopak jak on, może mieć pieniądze, na takie mieszkanie jak to?
- Gdzie jest toaleta? – Chciałam wstać na co Brytyjczyk w pośpiechu podszedł do mnie i chwycił, jakby bał się, że upadnę. – Dam sobie radę.
- Jesteś słaba.
- Umiem chodzić.
Zaprowadził mnie do drzwi, a ja powoli je otworzyłam. W środku było przestronnie i dominowały kolory czerni i bieli. Kiedy spojrzałam w lustro byłam przerażona. Nad moją brwią przyklejony był plaster, a prawy policzek w odcieni zieleni zmieszanej z fioletem. Byłam blada, pozbawiona życia i jakichkolwiek emocji. Znów w moich oczach pojawiły się łzy. Bałam się. Bałam się wtedy tak jak kiedyś. Nienawidzę tego. Nienawidzę swojego życia, swojego ciała i swoich ran. A teraz pojawiły się kolejne. Kolejne bolesne rany. Kolejne wspomnienia… Tak bardzo nie lubiłam tego uczucia. Strach. To czego trzeba się bać. Strachu. Strasznie pogmatwane.
- W porządku, Mo? – Usłyszałam jego głos zza drzwi.
- Tak, tak… jest okej.
Ścisnęłam krawędź zlewu i zalałam się łzami. Dałam upust emocją. Nie chciałam dalej tego ukrywać. Musze się wypłakać, w spokoju i ciszy. Poukładać wszystko.
Zaczęłam płakać jak opętana. Chciałam, żeby Perrie tutaj była. Przytuliła mnie i znów postawiła na nogi, jak zrobiła to kiedyś. Potrzebowałam jej.
Usiadłam na podłodze, opierając plecy o ściankę wanny. Kiedy przetarłam policzki, okropny ból rozszedł się po mojej twarzy. Zapomniałam o siniaku na policzku. Z nim na pewno nie dostanę nigdzie pracy.
- Claudia otwórz drzwi.
Harry szarpał za klamkę. Nie chciałam, żeby widział nie w tym stanie. Pewnie wyglądam jak chodzące nieszczęście.
- Claudia, do cholery!
Wstałam powoli i z wahaniem otwarłam drzwi. Część mnie mówiła, żebym tego nie robiła, ale musiałam postawić na swoim. Brunet niemal od razu je otworzył i patrzył na mnie w szoku. Z moich oczu nie przestawały spływać kolejne łzy. Mężczyzna podszedł bliżej i chwycił mnie jak pannę młodą, znowu. Schowałam głowę w zagłębienie jego szyi i ramienia. Zaczęłam lekko ciągnąć za jego małe loczki, na górze karku. Poczułam jak kładzie mnie na czymś miękkim mimo to nadal był nade mną. Czułam się bezpiecznie okryta jego ciepłym ciałem.
Podniósł się trochę i poparzył prosto w moje oczy. Jego tęczówki świeciły przyjaznym, zielonym blaskiem. Zahipnotyzowałam się w nich i nawet nie spostrzegłam jak jego palec, delikatnie gładzi mój zraniony policzek, by za chwile dotknąć ust, podbródka.
- Shh… Już po wszystkim. – Szeptał i schował twarz między moją głową, a ramieniem. Łzy nadal toczyły się po moich policzkach, ale starałam się uspokoić.
- Zawieź mnie do domu.
- Jasne… Dobrze, nie ma sprawy.
Wstał szybko i schował swój telefon i portfel do kieszeni spodni. Robił to w takim tempie, jak by go ogień poparzył. Usiadłam i przyglądałam się mu. Zatrzymał się w pewnym momencie i spojrzał na mnie. Jego oczy wyrażały uczucie troski i zmartwienia.
- Jak się czujesz? – ukucnął przede mną i chwycił moje małe dłonie, w swoje wielkie.
- Okropnie.
- Nie płacz już, nic takiego się nie stało, już jest po wszystkim.
Kiwnęłam głową, nie zgadzając się z nim. Nie było po wszystkim. Przez to wydarzenie znów będę się bać, znów nie będę mogła nic z tym zrobić. To boli. To cholernie boli. A on o niczym nie wie, ale przecież mu nie powiem, chodź czuje, że powinnam komuś powiedzieć wszystko i po prostu dać upust emocjom. Od tego była Perrie, nie Harry. Harry zupełnie przez przypadek pojawił się w moim życiu i zupełnie przez przypadek z niego odejdzie. Cokolwiek może to znaczyć, po prostu chcę wrócić do domu, pójść spać i nie musieć na niego patrzeć. Mimo tego, że uwielbiam jego zielone oczy, piękny uśmiech, kręcone włosy i dołeczki w policzkach. Jest piękny, ale nie chcę, żeby mnie więcej całował czy w jakikolwiek sposób dotykał. Nie chcę żeby ktokolwiek to robił.
- Po prostu zawieź mnie do domu...

                                                                            ***
- Perrie?!
Puściłam Harrego, ale jego dłoń cały czas była zaciśnięta na moim nadgarstku. W korytarzu natychmiast zjawiła się dziewczyna. Jej oczy były szeroko otwarte, gdy patrzyła na mnie w zupełnym szoku.  
- Boże, Claudia, co ci się stało?! – podeszła do mnie i dokładnie przypatrywała zranionej części twarzy.
- Jakiś facet przyparł ją do muru, zaczął dotykać… Na szczęście przechodziłem i słyszałem jak krzyczy.
- O mój Boże… Nie, nie, nie… Idź do pokoju zaraz przyjdę.
- Nic mi nie jest…
- Idź! – wzdrygnęłam się słysząc jej donośny głos. Harry puścił moją rękę i udałam się do pokoju. Usiadłam na skraju łóżka bawiąc się palcami. Wydarzenia z dzisiejszego wieczora znów zagościły w mojej głowie, a łzy znów zaczęły spływać. Mimo to byłam całkiem spokojna. To przecież łzy. Tylko łzy. Nic więcej…
Perrie weszła do pokoju powoli zamykając drzwi. Usiadła obok mnie i przyjęła taka samą pozycję, tyle że mój wzrok wlepiony był w palce, a jej we mnie.
- W porządku? – Zapytała cicho. Potrzasnęłam głową i pociągnęłam nosem. – Och skarbie…
Przytuliła mnie do siebie. Zamknęłam oczy i mogłam tak zasnąć. Chciałabym zasnąć, obudzić się i nic nie pamiętać. Dzisiejszego wieczoru, ani tego z przed trzech lat.
- Tak mi przykro, tak strasznie mi przykro…
- Chcę pójść spać.
- Położyć się z tobą?
Moje serce się rozpadło na milion kawałeczków, gdy to usłyszałam. Zrobiło mi się tak ciepło. Czy może być coś lepszego od kochającej przyjaciółki? Nie…
- Tak… 

!CZYTASZ=KOMENTUJESZ!
Dziękuje za wszystkie poprzednie komentarze xx.