niedziela, 7 grudnia 2014

Rozdział 46

Wysiadam z karetki przed komisariatem. Wtedy uświadamiam sobie, że Bob miał rację. Idę z nim (nadal ubrana w szpitalną piżamę). Umieszcza rękę bezpiecznie na moich plecach i posyła mi pocieszający uśmiech, po czym dodaję, że to tylko kilka pytań, później będę mogła iść do domu. Nagle do mojej głowy napływa mnóstwo pytań takich jak, o co dokładnie będą pytać? I czy będzie tam Harry? Oprócz tego, cały czas nie wiem co dzieje się z Perrie. Wewnątrz budynku jest cicho i schludnie. Kręci się tam kilka kobiet, jak i mężczyzn, ubranych w granatowe mundury. Kilka osób kiwa głowami w kierunku Boba. Za chwilę prowadzi mnie niedługim korytarzem do jakiś drzwi. Za nimi, znajduję się pokój, wyglądający jak przeciętne biuro. Okno zasłonięte jest szarymi żaluzjami. Przed nim stoi spore, drewniane biurko. W rogu pomieszczenia rośnie jakieś doniczkowe drzewko, a dwa, skórzane fotele dopełniają atmosferę pomieszczenia. Wyglądają bardzo przekonująco. Chciałabym, żeby jeden z nich znalazł się w moim salonie. Mogłabym, w deszczowe wieczory siedzieć w nim, pić czarną herbatę i czytać jakiś dobry kryminał. Aktualnie nie mogę tego robić, bo sama jestem w jakimś śmiesznym, kryminale i brakuje mi fotela, i wolnego czasu.
Bob podsuwa drewniane krzesło przed biurko i uśmiecha się, wskazując, abym usiadła. Robię to i przez moment zastanawiam się, czy to on będzie mnie przepytywać? Moje wątpliwości rozwiewa postawny mężczyzna, który wchodzi do pokoju z kubkiem kawy w ręku. Zasiada w fotelu, naprzeciwko mnie i uśmiecha się, ale to wymuszony uśmiech mówiący wszystko z wyjątkiem "miło mi cię poznać".
- Chrystian John - wyciąga do mnie swoją dłoń, przedstawiając się. Jest ubrany, tak jak inni tutaj, czyli w policyjny uniform. Ma bardzo ciemne włosy, trochę przydługie, związane w śmieszny kucyk z tyłu głowy. Jego twarz wyraża zmęczenie. Słuchać cichy chrupot, gdy drapie się po zarośniętej szczęce.
- Claudia - podaję mu swoją.
- Więc, Claudia... Pewnie wiesz dlaczego tu jesteś. - Poprawia jakieś kartki i otwiera duży notes. Charakterystyczny dźwięk długopisu trafia do moich uszu, kiedy przygotowuję się do pisania.
- Domyślam się.
- Zadam ci parę oczywistych, prostych pytań. Wyjaśnimy niektóre sprawy i będziesz mogła dziś wrócić spokojnie do domu. W porządku?
- Myślę, że tak - odpowiadam cicho, bo naglę nie czuję się zbyt pewna. Dłonie zaczynają mi się pocić, ponieważ trochę się stresuję. Nigdy nie musiałam spowiadać się w ten sposób policjantowi. Miałam kiedyś psychologa, ale nie pracowało nam się najlepiej.
- Od jak dawna znasz Jake'a Abel'a? - Padło pierwsze pytanie. Zmarszczyłam brwi, bo nie tego się spodziewałam.
- Nie wiem... jeszcze z czasów szkolnych. Chodziliśmy razem do szkoły - mimo wszystko odpowiadam. Nie wiedzieć czemu, moje serce lekko przyśpiesza. Chrystian zapisuję coś w notatniku.
- Kim jest dla ciebie Harry Styles i Zayn Malik? - podnosi na mnie wzrok. Jego, jasno niebieskie oczy wyczekują odpowiedzi.
- Harry, jest moim chłopakiem...
- Mhm, od jak dawna jesteście razem? - wtrąca.
- Od kilku miesięcy.
- A Zayn? Kim jest dla ciebie?
- To kolega - mówię pokrótce - często mi pomaga. Ufam mu.
- Okej. Czy chłopak, kiedykolwiek cię bił?
- Nie - marszczę brwi. - Co to za pytanie?
Wzrusza ramionami.
- Jest potrzebne do śledztwa - wyjaśnia. Nie wnikam w to bardziej. - Wiemy, że Jake, już kiedyś usiłował wykorzystać cię seksualnie. Czy podczas jego pobytu w więzieniu, kontaktowałaś się z nim?
- Nie. Nigdy.
Długopis szybko porusza się na kartce.
- Dobrze. Czy Jake, podawał ci coś? Jakieś środki odurzające, bądź  zmusił cię przemocą, żebyś wsiadła z nim do samochodu?
- Um... Na początku zaczął mnie szantażować, mówił, że jeśli z nim nie pojadę skrzywdzi Perrie, musiałam to zrobić.
Spuszczam wzrok na dłonie. Jest tak cicho, że słyszę, jak długopis jeździ po papierze.
- Podawał ci coś? - Ponawia pytanie.
- Chyba dodał mi coś do wody, którą piłam.
Jest mi wstyd, bo jak mogłam być taka głupia?
- Jak się po niej czułaś?
- Zasnęłam - wzruszam ramionami.
- W porządku - stwierdza. Zapisuję kilka kolejnych zdań w notesie. - Mam nadzieję, że masz jakiegoś dobrego prawnika. Przed tobą jeszcze długa rozprawa sądowa, ale wszystkiego się dowiesz...
- A co z Perrie? - przerywam mu.
- Jest cała i zdrowa, wszystko z nią w porządku. Była w jednym z garaży. Może być trochę przeziębiona, ale to nic poważnego.
Kiwam głową.
- A, Jake?
- Cóż, jak na razie jest w areszcie. W sądzie, jeśli wygrasz rozprawę, pójdzie do szpitala psychiatrycznego, o zaostrzonym rygorze, bądź będzie skazany na dożywocie. To wybór sędzi. W każdym razie, możesz już czuć się bezpieczna - mówi na jednym wdechu. Posyła mi znudzony uśmiech. Po krótkiej chwili dodaję więcej, orientując się, że czekam na dodatkowe informacje:
- Co do Zayna, ma czystą kartę. Gorzej jest z twoim chłopakiem.
- Dlaczego?
- Harry, jest znany policji. Nie wiem czy o tym wiesz, ale jako nastolatek miał już problemy z prawem. Sprawy w sądach za brutalne pobicia, ale jakoś zawsze uchodziło mu to na sucho - oblizuję usta i myśli co może jeszcze dodać. - Tym razem było tak samo, ale działał pod wpływem impulsu. Był po prostu zły, to normalne - wzrusza ramionami. - Mimo wszystko, jest agresywny i istnieje możliwość, że też może mieć jakąś karę.
- Co to znaczy?
- Myślę, że to będzie tylko grzywna, ewentualnie będzie zmuszony chodzić na spotkania z psychologiem, coś w tym stylu.
- Och...
- Chodzi o to, żeby kiedyś nie skrzywdził kogoś bliskiego, na przykład ciebie.
- Rozumiem.
Woah, na prawdę to rozumiem.

***

Kiedy wchodzę do domu, wreszcie czuję wewnętrzny spokój. Jakby wszystko co miałam na plecach spadło. Jestem w domu. Czuję znajomy zapach. Salon jest oświetlony, a zaraz z niego wybiega Perrie i zanim mogę się zorientować, już jestem w jej ramionach. Oddycham z ulgą, bo jest cała, w jednym kawałku.
- Boże, Mo tak się bałam - mówi. Jej głos odrobinę drży, ale wiem, że to ze szczęścia.
- Ja też, Pezz - przyznaję i mocnej ją ściskam. - Nic ci nie zrobił?
- Nie, wszystko jest w porządku. - Odsuwa się i patrzy na mnie. Seroko otwarte, niebieskie oczy są lekko zeszklone. Jej twarz nie ma żadnych uszkodzeń, siniaków, czy innych niedoskonałości. Podsumowując: Jake potrzebował jej tylko jako przynęty. Ja byłam ta głupia. Ale, co mogłam zrobić? - Naprawdę - zapewnia.
Całuję ją w czoło i jeszcze raz przytulam.
- Harry jest w twoim pokoju - informuję mnie. Moje oczy powiększają swoje rozmiary, a ja czuję jak żołądek mi się ściska. Bardzo chcę go zobaczyć. Przytulić, zapewnić, że wszystko jest już w porządku. - Idź do niego - szepce. Nie spodziewam się tego. 
Perrie nie lubi Harrego, za poprzednie komplikacje, które były między mną, a nim. To wydaję się być tak odległe, ale wcale nie jest. Teraz zdaję sobie z tego sprawę. Boże, jak szybko go pokochałam. Uzależniłam się od niego, a on ode mnie. Życie moje i najbliższych mi osób, zmieniło się przez ten czas. Ale to chyba normalne, prawda? Życie cały czas się zmienia i nie stoi w miejscu.
Kiedy wchodzę do sypialni, zauważam mojego chłopaka. Wydaj się być mniejszy, skulony na jasnej pościeli w moim łóżku. Odizolowany od świata zewnętrznego, pogrążony i smutny, i samotny w swoich myślach. Jego loki rozrzucone są na poduszce. Nie mogę się doczekać, aż poczuję ich zapach. Szampon Harrego. Perfumy Harrego. Zapach Harrego. Zamykam cicho drzwi. Nie wiem czy śpi, czy tylko jest tak zamyślony, lub zmęczony, że nawet nie obchodzi go kto narusza jego prywatność. Poschodzę do łóżka, powoli się za nim kładę i owijam ramiona wokół niego.
I wreszcie, czuję się dobrze. Czuję ciepło drugiego ciała. Czuję, och, wreszcie czuję jego zapach. Jest wspaniały. Pachnie jak dom. Jak miejsce, do którego zawsze chcę wracać. Jak miejsce, z którego nie chcę odchodzić, bo jest mi tu najlepiej. W domu. Przy nim.
Jego reakcja jest natychmiastowa. Odwraca się i patrzy na mnie ze zdziwieniem. Jakbym była duchem. Na moje usta ciśnie się uśmiech. Smutny uśmiech? Nie wiem. Chcę mi się płakać. Gdy, bierze mnie w swoje ramiona, nawet nie staram się tego powstrzymać. Po prostu płaczę. Trochę boli mnie bok, na którym mam siniaka, ale ignoruję to. Zaciskam pięści na luźnej koszulce, pachnącej Harrym, ale to mi nie wystarcza. Muszę dotknąć jego ciepłej skóry, by wiedzieć, że naprawdę tu jest. Jesteśmy tak blisko, że moglibyśmy tworzyć jedność.Nie, my ją już tworzymy. Jedna dusza w dwóch ciałach. To trudne do zrozumienia, ale tak jest. Tak jest, z prawdziwą miłością.
To jest prawdziwa, szczera do bólu miłość. To nie są uściski, całuski, kwiatuszki i misiaczki. Nie. To jest zaufanie. To jest szczerość. To jest świadomość, że kiedy, ty upadniesz ta osoba, pomoże ci się podnieść. To jest świadomość, że ta osoba, rzuci wszystko co jest ważne dla niej, ponieważ ty jesteś ważniejsza. Bo ta osoba zrobi wszystko, żebyś poczuła się kochana. Żebyś poczuła, jego cholerną miłość. To jak cię kocha. A kocha cię bardziej, niż jesteś w stanie to pojąć. Nikt nie jest w stanie tego pojąć. Kiedy my jesteśmy razem. Patrzymy sobie w oczy i wypowiadamy te same słowa, bez potrzeby odzywania się. Wystarczy spojrzenie. To jest uśmiech spowodowany tą osobą. To jest łza spowodowana tą osobą. To jest skaleczenie, to jest ból spowodowany tą właśnie osobą. Ale jak jesteśmy obok. To wszystko... Ta łza... ta łza jest słodka, ten ból jest przyjemny, a ten uśmiech jest szerszy.
- Ja... tak bardzo się bałem, że cię stracę - zapłakał. To drugi raz, kiedy widzę Harrego jak płacze. Pierwszy raz, gdy odeszłam. I drugi, kiedy zostałam mu zabrana. Dzięki tym łzom, jego płaczu wiem, że jest szczery. Jego uczucia do mnie, są szczere i wiem to nie od dziś. - Kiedy tam byłem... zobaczyłem cię - przerwał na chwilę. Czułam jak jego klatka piersiowa podnosi się i bardzo szybko opada, a ciało drży. Mimo to, to mnie uspakajało. Zamknęłam oczy, szlochając i pozwoliłam sobie, wsłuchać się w słowa chłopaka - przywieszoną kajdankami do-do rury nad sufitem. Nie wytrzymałem, Mo. Musiałem to zrobić - jego płacz się nasila, mimo to mówi dalej. Serce mi się łamie, lecz nie przerywam. On chcę to powiedzieć i musi to z siebie wyrzucić. - Byłem wściekły i rozładowałem złość na nim. Prze-przepraszam, Claudia. Przepraszam cię, za wszystko co ci zrobiłem.
Unoszę głowę i patrzę na niego. Przez chwilę ma zaciśnięte oczy, z których wypływa kilka słonych kropel. Obserwuję, jak staczają się po jego policzkach, tworząc mokre stróżki.
- O czym ty mówisz, Harry? - pytam cicho, usiłując opanować drżenie głosu.
- To wszystko przeze mnie.
- Nie, nie prawda - kręcę głową. Obejmuję jego twarz dłońmi i patrzę prosto w zaczerwienione, ale nadal piękne oczy. - Dlaczego tak sądzisz?
- On cię skrzywdził, Mo. A ja na to pozwoliłem.
- Nie, absolutnie nie, Harry. - Głaszczę kciukami jego mokre policzki, chcąc go trochę uspokoić. Zostawiam długiego całusa na jego czole - Zrobiłeś co w twojej mocy. Nie obwiniaj się.
- A gdyby nie Zayn? - zapytał retorycznie - Zabiłbym Jake'a, rozumiesz? Zabiłbym go. Mo, ja nie chcę... nie chcę zrobić ci krzywdy.
- Nie zrobisz - zapewniam.
- Skąd możesz to wiedzieć? - Patrzy mi wyczekująco w oczy. Jego dłoń wędruję w moje włosy i przyciąga bliżej siebie.
- Po prostu to wiem - szepcę. - Kochasz mnie.
Jego szloch roznosi się po pogrążonym już  w ciemności pokoju. Przez łzy, niezrozumiale mamrota, że mnie kocha. Mówi to kilka, lub kilkanaście razy. Później między nami panuję cisza. Uspokajamy się, przytulając mocno.
- Muszę wziąć prysznic - wypalam. Atmosfera diametralnie się zmienia, kiedy Harry wydaję z siebie cichy, słaby chichot. Może wymuszony? Może, nie. Chcę tylko, alby poczuł się dobrze i nie obwiniał się za to, co się wydarzyło. 
- Jesteś niemożliwa - stwierdza. Uśmiecham się, patrząc na niego. Odgarniam ciemnobrązowe włosy z jego czoła. Brunet zamka oczy na ten dotyk. Przyciąga moją dłoń do swoich ust, omijając bandaże i całuję jej wnętrze. Jego wzrok staje się współczujący i pełen troski. Siada na materacu i ja robię to samo, odgarniając niesforne włosy za uszy.
- Jestem wykończona - przerywam ciszę. Harry bawi się moimi palcami. Sięgam do lampki nocnej, na stoliku przy łóżku i zapalam ją. Pokój odrobinę się rozjaśnia, rzucając światło na nasze twarze. Moje serce staję w miejscu kiedy widzę wielkiego, niemal czarnego siniaka, na jego kości policzkowej. Przysuwam się i podnoszę delikatnie do góry głowę chłopaka.
- Harry.
Przyglądam się niedoskonałości. Wygląda okropnie. Dlaczego nic nie mówił, kiedy pocierałam jego policzki? Na pewno go bolało.
- Nie boli tak bardzo.
Dotykam ustami śladu, tak czule, jakby jego twarz była wykonana z kruchej porcelany.
- Tylko jeden? - pytam z ciekawości. Kręci głową, po czym śmiało zdejmuję z siebie koszulkę. Widzę opalony tors, który na całe szczęście jest czysty, ale w okolicy żebra widnieje zielono niebieski siniak. Mam podobnego, tyle że niżej i po drugiej stronie. I jeszcze na udzie, po tym, jak Jake wbił mi tam łokieć. No i jeszcze one... rozcięcia po kajdankach. Nachylam się i całuję jego miękkie, pełne usta. O, rany, Moje ciało zalewają dreszcze. Tęskniłam za tym. Pocałunek jest subtelny, romantyczny, niemal sceniczny. To wystarcza. Zaciągamy się wspólnymi oddechami.
- Zdejmiesz je? - pokazuję mu bandaże, dając jasno do zrozumienia, o co proszę. Nie sprzeciwia się. Wciąga głęboko powietrze do płuc, kiedy bandażu zostaje coraz mniej. Zaczerwienione ślady pojawiają się na mojej skórze, z każdym nowo odkrytym kawałkiem ciała. - Nie wyglądają bardzo źle - uśmiecham się słabo. Na prawdę nie wyglądają tak źle. Pewnie kiedy się zagoją, nie będą w ogóle widoczne.
Obserwuję Harrego, który z zamyślaniem przesuwa kciukiem po nadgarstku, omijając ślady. Jabłko Adama porusza się, kiedy przełyka ślinę.
- Ja... - zaczyna, ale nie kończy. Zaciska mocno oczy.
- To nic, zagoją się - pocieszam go i ponownie przytulam. Chowa nos w mojej szyi. Nie jestem w stanie powstrzymać cichego jęku, wywołanego ukłuciem bólu na brzuchu, gdy mnie ściska.
- Co jest? - pyta od razu.
- Jake uderzył mnie w brzuch... - nie powinnam mu tego mówić, ale nie chcę też nic przed nim ukrywać. Prędzej czy później, i tak się dowie jak to wszystko wyglądało.
- Och, skarbie - całuję mnie w oba policzki długo. To przyjemne i mnie uspokaja.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Rozdział 45

Przebudzam się, czując, jak ktoś głaszcze moje włosy. Mrugam kilka razy. Dostrzegam nad sobą kobitę. Całkiem mi obcą. Uśmiech na jej twarzy poszerza się, kiedy na mnie parzy. Rozglądam się dookoła. Jestem w jakimś metalowym pudle. Pachnie tu lekami. Unoszę się na łokciu. To nie jest dobrym pomysłem, ponieważ czuję ukucie bólu gdzieś pod żebrem.
- Nie, nie ruszaj się. Potrzebujesz odpoczynku. - Kieruję na nią spojrzenie i dostrzegam jej wietnamskie rysy. Ma dziwny akcent i cieniutki głosik. - Pójdę po Viktora nie ruszaj się stąd. 
Wstaję i wychodzi przez drzwi. Teraz dociera do mnie, że jestem w karetce. Boli mnie głowa. Chcę sobie przypomnieć jak najwięcej. Nie, nie chcę sobie przypominać. Eh, już sama nie wiem. To kompletny paradoks. 
Jak długo spałam? Co mi się stało i dlaczego się tutaj znajduję? Czy jest tu Harry? Zaraz się dowiem.
Ignoruję słowa młodej Wietnamki i wstaję z noszy. Jestem boso, ale nie przyjmuję się tym. Mam na sobie ten okropny strój, który noszą chorzy pacjenci szpitali. Ledwo sięga mi do kostek, ma krótkie rękawki i jest luźny. Zauważam bandaże owinięte wokół moich nadgarstków. 

Kajdanki nad moją głową, wbijają mi się w skórę rozcinając ją. Płaczę, błagam i wiję się, żeby opóźnić w czasie to co ma nadejść. Jake chwyta mocno moje, nagie już nogi. Wtedy robię wszystko co w mojej mocy. Czyli niewiele. Zaczynam się kręcić, wierzgać nogami, a raz nawet udaję mi się go kopnąć. To wszystko nie wywiera na nim pozytywnych emocji...

Wychodzę z ambulansu. Na zewnątrz panuję przyjemnie ciepła temperatura i świeci pełne słońce. Niestety, nie rozpoznaję miejsca, w którym się znajduję. Jest tu sporo wolnej przestrzeni. Dokładnie, to szeroka uliczka, a na przeciw siebie stoją długie, ceglane garaże. Dociera do mnie, że musiałam być w jednym z nich. 
Stoję w miejscu i nawet nikt mnie nie zauważa. Za to ja wędruję wzrokiem, od lekarzy, po sanitariuszy policyjnych. Jak do tego wszystkiego doszło? Jestem w stanie totalnego otępienia. Widzę Ciemnowłosą Wietnamkę, która rozmawia z wyższym od niej, brodatym mężczyzną. To, pewnie jest Viktor. Rozglądam się w poszukiwaniu dobrze zbudowanego ciała, zielonych oczu i kręconych włosów. Nie widzę ich i robi mi się słabo. Łzy napływają mi do oczu, w chwili kiedy jakiś policjant do mnie podchodzi. Odsuwam się kilka kroków, a moje plecy napierają na drzwi ambulansu. Jest wyraźnie zdziwiony moją reakcją, a ja zaczynam płakać. Nie wiem dlaczego. Chodziarz, może wiem? Harry. Nie ma go tu. 
- Doktorze! - woła. 
Osuwam się na ziemię i chowam głowę w kolanach. Nie rozumiem swojego stanu. Myślę, że jestem rozerwana emocjonalnie. Jestem w szoku i mam chwilową amnezję. 

- Ty cholerna dziwko!
Mój mózg nie jest w stanie zarejestrować w jak szybkim czasie jego sylwetka znów się przy mnie znajduje. Czuję rozchodzący się ból i kłucie w brzuchu, ponieważ Abel mocno mnie tam uderza. 

Płaczę jeszcze bardziej. Ten obraz pojawia się w mojej głowie.

- Claudia, Claudia co się dzieje? - Słyszę męski głos. Nie odpowiadam.
Chcę zniknąć, rozpłynąć się. Zapaść się pod ziemię. Cokolwiek, żeby tu nie być. Nie z tymi ludźmi. Chcę do domu.
- Posłuchaj mnie - zaczyna - Jesteś słaba i przestraszona. Rozumiem to. Musisz spać, za chwilę pojedziemy do Londynu, odpowiesz na kilka pytań i będzie w porządku.
- Londynu? - Popatrzę na niego zdziwiona. Ocieram swoje policzki.
- Jesteśmy w Coventry, to dwie godziny od stolicy - poinformował. Wydaję się być miły i sympatyczny. 
- Gdzie jest Harry?
- Harry? - spojrzał na policjanta stojącego obok, zrobiłam to samo. Młody mężczyzna w mundurze znieruchomiał, patrząc to na mnie, to na Viktora. Wyglądał, jakby intensywnie przypominał sobie jak się mówi.
- Eee, jest w Londynie, razem z panem Malikiem - przełyka ślinę. Wygląda na przestraszonego, a to trochę zabawne.
- Ale byli tutaj? - pytam z nadzieją.

Dławię się słonymi łzami. Nie wiem czy uda mi się jeszcze coś zrobić. Wtedy słyszę huk, a krew odpływa mi z głowy. Mam ciemno przed oczami, trzęsę się ze strachu i zimna. Słyszę męskie głosy. Jake'a nie ma już przy mnie.
Wydaje mi się, że zasypiam. Śpię już na prawdę długo, budzę się w chwili, kiedy ktoś zdejmuje mi te cholerne kajdanki. Tracę orientację, nie jestem w stanie myśleć, mówić, robić cokolwiek. Kolana się pode mną uginają, lecz nie upadam na ziemię, a w ciepłe, szerokie ramiona.
Do moich uszu dochodzą różne odgłosy. Słyszę głośne, postrzępione oddechy. Jęki i słowa. Nie jestem w stanie ich zrozumieć, ale wiem, że nie są miłe i przyjazne.
Później grunt znika pod moimi stopami, a ja odpływam jak najdalej od tego koszmaru.

- Tak, to oni zadzwonili.
- A co z Perrie?
- Myślę, że wystarczy tych pytań - wtrąca lekarz.
- Co? Dlaczego? Gdzie ona jest?
- Musisz odpocząć, dowiesz się wszystkiego później - mówi stanowczo. - Dziękuję, Bob. - Policjant rzuca cichym nie ma za co, na odchodne. Patrzę zdezorientowana na Viktora.
- O co chodzi?
- Po prostu, wejdź do karetki i nie zadawaj więcej pytań. Wszystko w swoim czasie.


***

Mija trochę czasu zanim wracamy do Londynu. Służby policyjne zostają na miejscu, a Bob okazuje się być miłym, trochę nieśmiałym facetem. To dziwne, że ze swoim charakterem pracuje, tu gdzie pracuję. Przez pół godziny, kiedy jak dla mnie, nie dzieje się kompletnie nic, siedzę w karetce. W sumie to otwieram sobie jej drzwi i siadam w nich. Moje nogi swobodnie zwisają nad ziemią, kiedy ze znudzeniem obserwuję wszystko to, co się tu dzieje. Kilka razy proszę Viktora, aby pozwolił mi zadzwonić do Harrego, ale on tylko ignoruje moje słowa. Więc siedzę i zastanawiam się jak do tego wszystkiego doszło? Ci wszyscy ludzie są tutaj dla mnie. 
Nie, oni tylko wykonują swoją robotę. Przecież za to im płacą - przywracam swoje myśli na ziemię. Wtedy, podchodzi do mnie Bob. W jednej ręce ma dwa, plastikowe opakowania, a w drugiej dwie butelki soku pomarańczowego. Uśmiecha się do mnie szeroko i tak szczerze, że nie jestem w stanie opanować drgających kącików ust. Siada obok i podaję mi ciepłe jedzenie i sok. Przez następne pół godziny, rozmawiamy i jemy. Bob opowiada mi o swojej pracy i robi się bardziej otwarty. Czas mija nam na prawdę w zawrotnym tępię. Przez tę pół godziny odrywam się, od tego wszystkiego, co się działo przez ostatnie dwa dni.
- Pewnie jak zajedziemy do Londynu, od razu zabiorą cię na komisariat - zdradza i odrobinę pochmurnieję. Jest na prawdę uroczy. Ma delikatne, lekko dziecięce rysy i mocno brązowe oczy. Jego włosy są krótko ścięte, dosłownie tak, jakby dopiero co odrosły. Lekki zarost podkreśla mu kości policzkowe. Oprócz tego ma lekko garbaty nos i ciemne, ładne brwi. Jest dość drobny. Jego ramiona są wąskie, a sylwetka szczupła.
- Dlaczego?
- Muszą dowiedzieć się jak najwięcej - wzrusza ramionami - przeprowadzą śledztwo, pozbierają każdy kawałek do kupy, a wtedy wpakują tego gościa za kratki.
- Kogo? - pytam aby się upewnić.
- Jake Abel, chyba tak się nazywa - marszczy brwi i patrzy na mnie. Wiem, że po jego głowie teraz krąży wiele myśli i pytań. Rozmawia, ze mną. Tak zwaną, Ofiarą Zbrodni. - Harry, to twój chłopak? - pyta nagle. 

- Tak - odpowiadam. W mojej głowie zapala się mała lampeczka. Mogę wyciągnąć od niego jakieś informacje, prawda? A doktor Viktor, nie musi o niczym wiedzieć. - Dlaczego? 
- Nie chcę cię martwić, ale możliwe, że będzie mieć sprawę, za brutalne pobicie.
Moje oczy powiększają swoje rozmiary. To nie tak, że nie spodziewałam się, że ktoś na tym ucierpiał. Skoro Harry, Zayn i Jake zostali zabrani do Londynu zanim się obudziłam, to albo ja na prawdę długo spałam, albo oni naprawdę sobie nagrabili.
- Co?
- Ten eee, Zayn tak? - upewnia się, na co kręcę głową. - Gdyby go tam nie było, jestem pewien, że twój chłopak zabił by tego całego Jake'a - podsumowuję. Spuszczam wzrok na swoje dłonie, bo tak, to bardzo możliwe. 


Droga do stolicy jest nudna, pełna moich przemyśleń. Andrea - bo tak ma na imię ciemnowłosa Wietnamka, całą drogę czyta książkę. Więc nawet nie mam z kim porozmawiać. Zostaję sama ze swoimi przeraźliwymi wspomnieniami, które namnażają się w mojej głowię. Muszę się położyć, a kiedy to robię przypominam sobie scenę, jedną po drugiej, z tego co działo się w opuszczonym garażu: 

Dotychczas, jasnoniebieskie oczy blondyna ciemnieją i narasta w nich złość. Gdy ponownie jego dłoń zderza się z moją twarzą, reaguję inaczej niż poprzednio. Możliwe, że cios jest mocniejszy, ale ja nie mogę się poddać. Nie mogę go do siebie dopuścić, dlatego spluwam śliną i odrobiną krwi z rozciętej wargi, prosto na jego twarz. Moja celność mnie nie zawodzi, bo trafiam między oczy. Jake warczy zirytowany. W chwili, gdy puszcza jedną z moich nóg, zbieram w sobie resztki sił i z całej siły, jaką udaję mi się zgromadzić - sprzedaję mu kopniaka w brzuch. Odsuwa się kawałek, puszcza mnie.

Jęczę z bólu i brzmi to przeraźliwie. Szarpie mnie za włosy i odchyla moją głowę w tył, co naprawdę nie jest wygodne. Chwyta jedną nogę, przez to jestem zmuszona stać tylko na jednej. To trwa sekundy. Puszcza moje włosy, a następnie czuję jak wbija swój łokieć w moje udo. Bardzo, bardzo mocno. Uderza kilka razy w to samo miejsce, później mocno ściska. Z mojego gardła wydostaje się coś na pograniczu jęku, a krzyku.

To było chyba ostatnie uderzenie jakie mi zadał, lub ja nic więcej nie pamiętam. Wtedy, zaczęło szumieć mi w uszach i zemdlałam. Wiem, że ktoś mnie trzymał, rozpiął mi kajdanki. Nie wiem, czy był to Harry, czy Zayn. Nie wiem, co Jake zrobił Perrie. Nawet nie wiem, gdzie ona jest. To jest okropne i chcę już się od tego uwolnić. Po prostu chcę znaleźć się w domu i uciec od wszystkiego.